Parafia Matki Bożej Królowej Polski

Toruń-Rubinkowo 1

Październikowe myśli różańcowe 26.10.2017

Szczęść Boże!

Nie tylko św. Ojciec Pio, czy Jan Paweł II umiłowali w taki sposób modlitwę różańcową, że się z nią praktycznie nie rozstawali. Do wielkich czcicieli różańca możemy również zaliczyć św. Maksymiliana Marię Kolbe. Znalazłem wczoraj w internecie świadectwo pana Wilhelma Żelaznego z Chorzowa, byłego więźnia KL Auschwitz, który opowiada nico więcej na ten temat. Niech to będzie przedmiotem dzisiejszego naszego rozważania:

***
„Ojciec Maksymilian nigdy nie rozstawał się z różańcem. Miał go przy sobie również podczas aresztowania na warszawskim Pawiaku zima 1941 roku. Zauważył go jeden ze strażników i rozwścieczony spoliczkował zakonnika, a różaniec podeptał. O.Kolbe pozbierał rozrzucone paciorki i odtąd przechowywał je w płóciennym woreczku, który nosił w kieszeni. Gdy pół roku później trafił do obozu w Oświęcimiu, podeptany przez gestapowca różaniec stał się wielkim znakiem Bożej miłości...” (Dorota Krawczyk „Różaniec” nr 7-8/2013 – tam znajdziesz całość).

Katowiczanin, Willibald Pająk, więzień oświęcimski nr 26790, przez wiele lat był współpracownikiem niemieckiego stowarzyszenia Maximilian Kolbe Werk, niosącego pomoc byłym więźniom hitlerowskich katowni. W pracy pomagała mu żona Irena. We wrześniu 1988 roku zgłosił się do niego Wilhelm Żelazny z Chorzowa, były więzień KL Auschwitz, nr 1126, który prosił o pomoc w zdobyciu lekarstw. Podczas jednej z wizyt u państwa Pająków, mężczyzna wyznał, że ma w domu różaniec św.Maksymiliana. – Popatrzyliśmy na siebie z powątpiewaniem – zwierza się pani Irena - zwłaszcza mąż, który był kilka lat w obozie i wiedział, jakie tam panowały warunki, więc absolutnie w to nie wierzył. Mimo to, poprosiłam żeby Żelazny opowiedział, jak wszedł w posiadanie tego różańca. Oto jego świadectwo:

„Byłem więźniem funkcyjnym, sztubowym – opowiadał Żelazny. Pewnego dnia stwierdzono podczas kontroli w mojej sztubie nieporządek, za co mnie skatowano i wyrzucono z funkcji. Potem zostałem zatrudniony w komandzie pracującym nad rzeką Sołą przy wycinaniu wikliny. Po skatowaniu miałem połamane żebra i ciężko rozchorowałem się na płuca... Ciężka praca w wodzie, głód, rany po pobiciu oraz pogarszający się stan zdrowia, spowodowały moje zmuzułmanienie i całkowite załamanie psychiczne. Postanowiłem skończyć udrękę i pójść na druty. Zwierzyłem się z tego koledze więźniowi (...), a ten powiedział mi, że zanim to zrobię, powinienem porozmawiać z księdzem, który mnie pocieszy.

Skontaktował mnie z ojcem Maksymilianem Kolbe. Ten po apelu długo ze mną rozmawiał i na koniec wyciągnął woreczek umocowany po wewnętrznej stronie obozowej bluzy, pod pachą, w którym znajdował się porwany różaniec (w obozie za posiadanie przedmiotów kultu religijnego groziła kara śmierci). Wręczył mi go mówiąc, że udostępnia go na pewien czas, abym go odmawiał, co mi doda sił i podniesie mnie na duchu. Powiedział mi również, że brakuje w nim kilka paciorków zniszczonych przez gestapowca na Pawiaku, lecz te brakujące mam także odmawiać. W woreczku znajdowały się również resztki zniszczonych paciorków, które o.Maksymilian pozbierał z podłogi celi na Pawiaku. Kiedy po pewnym czasie, w znacznie lepszym stanie, poszedłem oddać różaniec, okazało się, że o.Maksymilian poszedł do bunkra na śmierć głodową. W ten sposób różaniec pozostał u mnie. 14 kwietnia 1942 roku zostałem zwolniony z obozu, wynosząc różaniec w taki sam sposób, jak nosił go o.Maksymilian.

Z różańcem tym nigdy nie rozstawałem się, z wyjątkiem dwóch lat po wojnie, kiedy to były u mnie przeprowadzane rewizje. Oddałem go wtedy na przechowanie z innymi rzeczami ks.biskupowi Herbertowi Bednorzowi w Katowicach, z którym była spokrewniona moja żona. Nie wiedział on jednak, że otrzymał na przechowanie różaniec księdza z obozu. Po odebraniu, cały czas przechowuję go w domu”. Kiedy Żelazny wszedł do sekretariatu po odbiór depozytów, był tam pewien ksiądz (także były więzień z numerem 1006). „Prosił mnie, żebym dał mu jakąś część różańca. Dałem mu dwa paciorki” – wspomina. Po jakimś czasie przypomniał sobie jego nazwisko. Był to ks. abp Adam Kozłowiecki – obecny kardynał, który przyjechał do obozu transportem z Wiśnicza. Arcybiskup z Zambii przebywał wówczas w Polsce podczas I wizyty Ojca Świętego. Potem paciorki pojechały z nim do Afryki. Co się z nimi stało ? Nie wiadomo...

Poprosiłam pana Żelaznego żeby przywiózł różaniec kiedy przyjedzie po odbiór leków.. Zgodził się. Po miesiącu przyjechał przywożąc różaniec, który wywarł na mnie niesamowite wrażenie, gdyż wydawał mi się taki zupełnie niezwykły – wspomina pani Irena. Odniosłam wrażenie, że jest autentyczny. Trzymałam go w ręku, oglądałam... "Pan nie może trzymać tego różańca u siebie w domu, bo przecież to nie jest pana różaniec, a poza tym to rzecz święta" – powiedziałam. Pan Żelazny dodał jeszcze, że niektórzy więźniowie chcieli go od niego dostać, ale im nie dał.

Wydawało się, że różaniec powinien wrócić do Oświęcimia, do celi, tam, gdzie zginął św.Maksymilian. Mąż powiedział jednak, że tam byłby narażony na niebezpieczeństwo. Pomyślałam wówczas, że na oświęcimskim osiedlu, gdzie mieszka moja rodzina, jest kościół Męczenników Oświęcimia pw. Św.Maksymiliana i że to będzie godne miejsce. "Niech to pani załatwi i niech ten różaniec u pani zostanie" – zgodził się pan Żelazny... Po przekazaniu, różaniec najpierw leżał w skarbcu, a potem umieszczono go w specjalnym relikwiarzu. 9 października 1994 roku poświęcił go ks.kard.Franciszek Macharski. Przez prawie pół wieku spoczywał zamknięty w pudełku po zegarku... Dziś, cudem uratowany, obozowy różaniec św.Maksymiliana jest bezcenną relikwią.

***
Na zakończenie proponuję obejrzeć zwiastun filmu o ojcu Maksymilianie, który obecnie jest pokazywany w kinach. Warto się na niego wybrać!

 

Na czas dzisiejszej modlitwy
błogosławię +

Strona korzysta z plików cookie w celach statystycznych oraz funkcjonalnych. Więcej informacji w polityce prywatności
Dalsze informacje Zgadzam się Odrzuć